Ja jestem taką matką…

Anna Koziołkiewicz-Kozak            11 września 2018            2 komentarze

Pod jednym z moich artykułów pojawił się komentarz Czytelniczki zaczynający się właśnie od słów „Ja jestem taką matką.. ” Szkoda, by zginął gdzieś pod stertą komentarzy, bo pokazuje, że mimo rozstania jest możliwa naprawdę niezła współpraca dla dobra dziecka. Dlatego wklejam go w całości.

Jasne, żeby mieć pełen obraz, powinniśmy wysłuchać też tatę. Ale nawet, jeśli nie wszystko jest tak idealnie, przeczytaj to i przemyśl.

A oto wypowiedź Czytelniczki:

„Podpowiadam synowi kiedy tata ma urodziny i żeby zrobił laurkę i zadzwonił. Kiedy syn w nocy mówi tęsknię za tatą.. wysyłam ex smsa, że jak znajdzie czas aby wpadł do małego po pracy i spędził z nim dodatkowo – pozaumowny dzień (kontakty ustalamy sami – dopasowała je do pracy EX). Kiedy mały jechał na kolonię i EX nie był w stanie się z niż pożegnać bo pracuje na budowie, podwiozłam syna na budowę aby mogli posiedzieć chwilkę i się przytulić. Wigilie robimy o 16:00 aby syn mógł na 18:00 iść do drugiej rodziny – do taty. Ustaliłam wysokość alimentów na poziomie 500 zł chociaż on zarabia więcej i stać go na więcej.. tylko po to aby miał kasę na urlop z małym, aby sam mógł mu kupić deskę elektryczna do jeżdżenia, jakieś ubrania, jakie EX się podobają – dresy.. ach te dresy. Kiedy chciał mu kupić rower – dołożyłam się do połowy. A kiedy zaczął rozmowę o notebooku – powiedziałam, że są odłożone pieniądze na koncie z 500+ i cała kwota na notebooka jest i nie trzeba się składać, że kupimy z tego. Pracuję prawie na 3 etaty.. Nie płaczę.. staram się być pomocna.. Kiedy wymyślam wydatki ponad normę, sama je finansuję. EX nie musi się zgadzać z każdym moim wymysłem. Uważam, że tak powinno wyglądać życie z byłymi partnerami. Myśleć najpierw o dziecku, ale bez niszczenia samych siebie.

Im wyższe stawiamy facetom wymagania finansowe, tym więcej oni pracują, tym mniej mają czasu dla naszych dzieci. Ja wolę kiedy mój syn się cieszy, że był z tatą w kinie, niż kiedy za tą kasę kupiłabym mu lepsze buty. Tego czasu nie da się później odkupić.”

Czy utrudnianie kontaktów z dzieckiem stanie się przestępstwem?

Anna Koziołkiewicz-Kozak            19 czerwca 2018            2 komentarze

Pani Mecenas Monika Orłowska, specjalizująca się w prawie karnym ocenia ewentualną nowelizację w tym kierunku pozytywnie – polecam jej artykuł na ten temat:

Utrudnianie kontaktów z dzieckiem – czy stanie się przestępstwem?

Trudno i mi się nie zgodzić z tą pozytywną oceną nowelizacji, wiedząc, jak często te środki, które obecnie są, pozostają nieskuteczne.

Część rodziców woli płacić (stosunkowo niskie) grzywny, niż umożliwić kontakt z dzieckiem.

Zresztą także rodzice walczący o kontakty mają opory przed tą formą egzekucji. Mówią, że w ten sposób pośrednio zabierają środki dziecku, a w każdym razie na pewno rodzic uniemożliwiający kontakty, tak to dziecku przedstawi.

Ograniczenie władzy rodzicielskiej bywa skuteczne w sytuacji, gdy rodzic uniemożliwiający kontakty wykonuje zawód, w którym takie ograniczenie jest przeszkodą, np. pracuje w placówce opiekuńczej.

Zawodów, w których wymagana jest niekaralność jest więcej, więc takie zagrożenie może przynieść pożądany skutek.

Oby tylko przepis został skonstruowany tak, by odróżnić sytuacji, w których rodzic uniemożliwia kontakty od sytuacji, gdy to dziecko z ważnych powodów (np. przemoc) ich nie chce.

Zastanawia mnie też, co w sytuacji, gdy chodzi o uregulowane kontakty z nastolatkiem, który deklaruje, że ich nie chce. Wpływ rodzica jest już ograniczony, a wszelkie formy nacisku wywierają skutek odwrotny od zamierzonego. W skrajnych sytuacjach mogą doprowadzić nawet do sytuacji dla dziecka niebezpiecznych – np. nastolatek w obliczu przymuszenia do niechcianego spotkania ucieknie do kolegi (oby do kolegi).

 

Spotkania informacyjne o mediacji w sprawach rozwodowych

Anna Koziołkiewicz-Kozak            08 czerwca 2018            Komentarze (0)

Odebrałam telefon:

Pani Mecenas, dostałam takie wezwanie z sądu, sąd każe mi iść na jakieś spotkanie mediacyjne, co to w ogóle jest? Czy ja na to muszę iść?

Pani, która dzwoniła wysłała niedawno do sądu pozew, nad którym dość długo pracowaliśmy, bo zajęło trochę czasu, żeby uzgodnić wszystkie kwestie. Idea była taka, by w sądzie spędzić jak najmniej czasu – półgodzinna rozprawa, podczas której ona i jej mąż potwierdzą, że wszystko jest tak, jak zostało opisane i ich stanowiska są zgodne. A tu tymczasem…

Co to w ogóle są te spotkania informacyjne – otóż idea jest taka, że strony mają pójść do dyżurującego w sądzie mediatora, żeby powiedział im, na czym polega mediacja, tak by mogli świadomie podjąć decyzję, czy chcą w niej uczestniczyć.

Czy ma to sens? Tak, ale nie zawsze.

Jest to sensowne, jeśli nie bardzo wiesz, co to jest mediacja, nie próbowałeś jej przed sprawą rozwodową. Jak to często jednak bywa, ustawodawca nie wziął pod uwagę kliku przypadków.

  • Pierwszy przypadek, to sytuacja opisana powyżej – mediacja jest niepotrzebna, bo wszystko już jest uzgodnione.

Spotkanie informacyjne nie ma sensu, jeśli nie tylko wiesz, na czym polega mediacja, ale przed rozwodem z niej skorzystałeś i wypracowaliście szczegółową ugodę co do warunków rozwodu, a często także co do spraw majątkowych. Także jeśli wypracowaliście ugodę samodzielnie, lub przy pomocy pełnomocników. Jedyne czego potrzebujecie od sądu, to orzeczenia rozwodu i sformalizowania warunków tejże ugody. Po co w takim wypadku tracić czas na spotkanie informacyjne?

  • Drugi przypadek, to sytuacja o wiele poważniejsza, w której mediacja w ogóle nie powinna być brana pod uwagę, bo przedłuża sytuację, gdy jedna ze stron pozostaje bez ochrony, po którą przyszła do sądu

Otóż rozważanie mediacji nie ma sensu, jeśli jesteś ofiarą przemocy i nie jesteś w stanie uczestniczyć w mediacji – nie chcesz, boisz się – masz do tego prawo! Jeśli Twój małżonek jest uzależniony od alkoholu / narkotyków i nie jest w stanie być partnerem do rozmowy. W takim wypadku spotkanie informacyjne to niepotrzebny stres i niepotrzebne przedłużanie postępowania, które powinno się skończyć jak najszybciej.

 

Darowizna z poleceniem bez podatku?

Anna Koziołkiewicz-Kozak            07 czerwca 2018            Komentarze (0)

Wczorajszy (czyli z 6 czerwca 2018) wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, II FSK 1525-1526/16, nie pojawił się jeszcze w ogólnodostępnej bazie orzeczeń, więc bazuję na razie na artykule prasowym w Rzeczpospolitej – nie lubię bazować na cudzych streszczeniach, więc zaczekam ze szczegółowym opisem. Ale już dziś chcę Ci powiedzieć, że to może być bardzo ważne orzeczenie! Otóż:

Sprawa dotyczy darowizny dla córki, sąd uznał, że jeśli darowizna jest połączona z poleceniem, nie ma podatku! Polecenie to instrukcja, co masz zrobić z pieniędzmi, które dostaniesz.

Uogólnienie sposobu rozumowania sądu może oznaczać np. coś takiego:

Jesteś w związku nieformalnym, darowujesz partnerowi / partnerce pieniądze, zastrzegasz, że ma za nie kupić sobie samochód / mieszkanie itp. –> nie zapłaci (bardzo wysokiego w tym wypadku) podatku od darowizny!

Niewątpliwie godne uwagi.

Tata – nie tata

Anna Koziołkiewicz-Kozak            06 czerwca 2018            Komentarze (1)

Napisałam swego czasu o sytuacji, gdy pan wszedł w rolę taty (Nie masz prawa spotykać się z MOJĄ córeczką, nie jesteś przecież jej tatą!).

Post ten przeczytał mój Klient, który jest tatą, a mama dziecka zaczęła nazywać tatą swego nowego partnera, tak też zaczęło mówić o nim dziecko.

Jak wielokrotnie tłumaczyłam, nie piszę tu nigdy o konkretnych sprawach – tym razem robię wyjątek na wyraźną prośbę mego Klienta. Otóż poprosił mnie o zaapelowanie do mam, będących w takiej sytuacji, jak mama jego dziecka. Ma rację, więc apeluję:

Mamy – nie róbcie tego! Nie nazywajcie swoich aktualnych partnerów „tatą”, jeśli prawdziwy tata jest. Nie róbcie dziecku mętliku w głowie. Tata to tata.